Wika przebojem wdarł się do kadry. Dzięki dobrej postawie w dotychczasowych spotkaniach ma szanse pojechać na IO do Pekinu. Dziś opowiada o wrażeniach z pierwszego dwumeczu w Polsce.
W rozgrywkach Ligi Światowej Marcin Wika jest debiutantem. Powołany przez Raula Lozano na wszystkie zagraniczne mecze kadry przeszedł prawdziwą „siatkarską szkołę przetrwania” – trzytygodniowe tournee po świecie. Zapytany o plusy i minusy swojego wyjazdu bez wahania odpowiada: - Dużym minusem całej tej imprezy były podróże, ale koledzy przestrzegali nas, debiutantów, przed tym – wyjaśnia. - Do plusów mogę zaliczyć jedno – miałem okazję grać właściwie we wszystkich spotkaniach.
Gdy Polacy wracali z zagranicznych wojaży z bilansem trzy zwycięstwa – trzy porażki sprawa ich awansu do Final Six popularnej „Światówki” była otwarta. Kiedy jednak w ubiegły weekend „biało – czerwoni” dwukrotnie pokonali w katowickim Spodku reprezentację Chin, nadzieje na wyjazd do Brazylii znacznie wzrosły.
- Można tak powiedzieć – potwierdza z uśmiechem Marcin Wika. - Kiedy po tym trzytygodniowym tournee wróciliśmy do Polski z zerowym bilansem niektórzy mogli być rozczarowani. Te wyjazdy miały jednak zupełnie inny cel – dodaje. - U siebie gramy już w innym zestawieniu. Wrócił do zespołu Michał Winiarski i chociaż nie grał całych dwóch spotkań, gdyż wciąż ma niewielkie problemy z kręgosłupem, można powiedzieć, że graliśmy już właściwie w pełnym składzie. Tu, w Polsce mamy jeden cel – chcemy wygrać wszystkie sześć spotkań. Na razie w jednej trzeciej udało nam się zrealizować ten plan.
Ta jedna trzecia miała miejsce właśnie w Katowicach. „Spodek” nazywany często „siatkarską Mekką”, wypełniony biało – czerwonymi barwami i ogłuszającym dopingiem kibiców robi wrażenie nie tylko na naszych rywalach. Również nasi kadrowicze przyznają, że granie przed tak dużą publicznością wyzwala w nich dodatkowe pokłady energii.
- Nie ukrywam, że kiedy weszliśmy na halę miałem gęsią skórkę – mówi z uśmiechem Marcin Wika. - To był mój debiut jeżeli chodzi o grę w katowickim Spodku i muszę przyznać, że naprawdę zrobiło to na mnie bardzo duże wrażenie.
Podobnie zapewne będzie za tydzień w Łodzi i za dwa tygodnie w Poznaniu i Bydgoszczy, gdzie podopieczni Raula Lozano rozegrają mecze z zespołami Japonii i Egiptu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze w dniach 23. – 27. lipca w Rio de Janeiro „biało – czerwoni” spotkają się z najlepszymi zespołami rozgrywek grupowych w wielkim finale. Zarówno sztab szkoleniowy, jak i zawodnicy deklarują chęć występu w brazylijskim finale. Czy jednak kolejne dwie długie podróże, dwukrotna zmiana stref czasowych, a do tego jeszcze wyczerpujące pojedynki z wymagającymi rywalami nie przyniosą odwrotnych od zamierzonych skutków i nie wpłyną źle na naszą dyspozycję na Igrzyskach w Pekinie?
- Wydaje mi się, że nie. Myślę, że to będzie dla nas bardzo dobre rozwiązanie, zagramy z teoretycznie najlepszymi zespołami na świecie. Będzie to więc najlepszy przedolimpijski sprawdzian naszych umiejętności – wyjaśnia Wika.
Później będą już tylko igrzyska, najważniejszy sprawdzian w życiu każdego sportowca. Jeszcze w ubiegłym roku, kiedy Polacy jak burza szli przez grupowe rozgrywki Ligi Światowej, nasz zespół wymieniano jako faworyta do medalu w Pekinie. Potem przyszedł kryzys, blamaż na mistrzostwach Starego Kontynentu, przegrane z Estonią i Czarnogórą w kwalifikacjach do ME. Dziś niewielu wymieniłoby nasz zespół mówiąc o podium w Pekinie. Marcin Wika widzi w tym jednak dobre strony.
- Wydaje mi się, że w naszym przypadku będzie to paradoksalnie bardzo dobre rozwiązanie - wyjaśnia. - Wychodząc na parkiet do meczu, w którym nie będziemy traktowani jak faworyci będzie nam się lepiej grało, będziemy mięli większy luz psychiczny - kończy z uśmiechem. Oby rzeczywiście tak właśnie się stało.
*Rozmawiała Natalia Starosta - Reprezentacja.net
źródło: Reprezentacja.net
autor: Natalia Starosta